Świadectwo Kamila, byłego jasnowidza

Zaczęło się we wczesnym dzieciństwie, kiedy to nikt u mnie w rodzinie nie był świadomy spraw duchowych. To była przeciętna, polska rodzina. Chodziliśmy do kościoła raz do roku, do spowiedzi, bo trzeba, ale nikt nie wiedział po co to robi. Sprawy duchowe zawsze były mi bliskie. Gdy byłem małym chłopcem chciałem służyć Bogu, dlatego zostałem ministrantem. Przez całe wakacje moją rozrywką było służenie na trzech mszach dziennie. Jednak z czasem, jak zacząłem dorastać nie widziałem w tym sensu ani logiki. Chodzić do spowiedzi… po co? Albo, że Bóg jest zamknięty gdzieś w pudełku, w tabernakulum. Dużo rzeczy mi nie pasowało i tak jakoś odsunąłem się od kościoła katolickiego. Jednocześnie, co jest dużym problemem u nas w narodzie, jeśli ktoś się odsuwa od kościoła katolickiego, to odsuwa się od Boga. Tak też było ze mną.

Przestałem szukać Boga, zacząłem pracować, znalazłem sobie dużo gorsze towarzystwo, pojawiły się różne wybryki i narkotyki. Cała ta moja droga ciągnęła mnie w dół. Moja lista grzechów, mój list dłużny u Boga ciągnąłby się pewnie jak stąd do Warszawy i teraz po czasie zauważyłem, że wielokrotnie diabeł chciał mnie zabić. Zdarzały mi się tak ciężkie sytuacje, że parę razy byłem na pograniczu życia i śmierci, łącznie z próbą samobójczą.

Później, po jakimś czasie zacząłem się interesować sprawami duchowymi, ale od wschodniej strony – buddyzm, hinduizm – i bardzo mnie ten temat wciągnął. W kościele katolickim nigdy nie odczułem satysfakcji duchowej. Zawsze wyglądało to tak, że trzeba iść, trzeba słuchać, trzeba stać, bo to dla Boga, ale pełni duchowej w tym nigdy nie było.  Nigdy nie miałem czegoś takiego, że po mszy czuję się lepiej, mam jakąś wskazówkę na życie, że jestem wzmocniony. Robi się bo się robi, a dlaczego się robi, bo wszyscy robią, a dlaczego wszyscy robią, bo jego rodzice tak robili i jego dziadkowie tak robili. I tak wszyscy w kółko powtarzają te czynności jeden po drugim. Mi się to nie podobało. Zacząłem myśleć, zacząłem pytać, za co zostałem zganiony.

Zająłem się ezoteryką. Myślałem jak to jest, że wróżka coś wie, jak to jest, że jasnowidz coś wie. Przerabiałem książki o jasnowidzach, pojawiły się też inne ezoteryczne zainteresowania typu wahadełko, medytacje. W krótkim czasie w moim życiu zaczęły się dziać rzeczy duchowe już na poważnie. Szedłem sobie ulicą, zauważyłem plakat zaginionego i nagle usłyszałem „On żyje”, myślę co jest, wracam do plakatu, patrzę na ten plakat… idę dalej „On jest niewinny”. No ludzie kochani, jakiś głos do mnie przemawia. Chyba mam jakiś dar. Zacząłem szukać w Internecie kursów dla jasnowidzów. Po dwutygodniowym kursie Silvy wróciłem do tego plakatu, zerwałem go i zabrałem do domu. W domu praktykowałem nad nim technikę jasnowidzenia i widziałem, że chłopak żył, widziałem jak został pobity i wjechał do kościoła, jak umarł… widziałem wiele innych rzeczy. Podbudowało mnie to, że w końcu znalazłem u siebie jakiś talent, że w końcu mogę być ludziom potrzebny, a nie tylko produkcja ciastek i maszyny.

Temat pochłonął mnie dokumentnie. Cały wolny czas poświęcałem na techniki doskonalenia jasnowidzenia, szukałem, udzielałem się na forum, robiłem kursy energoterapii, zabiegów na odległość, manipulowania ludźmi – oczywiście wszystko w imię dobra. Cały czas byłem przeświadczony, że jeśli będę się doskonalił w jasnowidzeniu i przesyłaniu ludziom energii, to będę im pomagał. Miałem nawet taki duży stół zabiegowy, na którym robiłem zabiegi przynoszące ogromne efekty. To nie było tak, że ludziom coś się wydawało – to są naprawdę potężne siły duchowe, z którymi nie warto zadzierać. Te zabiegi to były uderzenia różnych sił, w wyniku których pacjenci odpływali fantazją gdzieś daleko, np. delektowali się widokiem wodospadu, a ja w tym czasie pakowałem im energię do głowy, czy na całe ciało. Potem zacząłem robić zabiegi na odległość.

Moja działalność rozwijała się bardzo dynamicznie. Kolejne kursy, kolejne szkolenia, kolejni mistrzowie. Wykładałem na nie ciężkie pieniądze, bo dwudniowy kurs kosztował 2 tysiące złotych. Kursy wyższego stopnia były jeszcze droższe. To wszystko rozpędziło się do tego stopnia, że otrzymywałem niespodziewane telefony, np od kobiety z Białegostoku „Proszę podać numer konta, ja już przelewam pieniądze, bo pilnie potrzebuję zabiegu na odległość.” To są tak silne siły duchowe, że przeszła jej depresja, poprawiło się w pracy i chciała jeszcze, dlatego zaczęła biegać po innych znachorach.

Jednak lubię kombinować, doszukiwać się, wszystko musi być logiczne. Wiem, że w świecie duchowym wiele rzeczy bierze się na wiarę, jednak warto się zatrzymać i pomyśleć, czy w tym co robisz jest logika, czy czegoś nie brakuje. Mimo, że byłem mocno podbudowany i miałem spore umiejętności, zaczęło mi czegoś brakować, coś mi tu nie grało. Dzięki Bogu, w momencie, w którym zacząłem interesować się okultyzmem, przywoływaniem duchów, na takiej zasadzie, że przeczytałem kilka książek i wypowiedzi na forach internetowych, ale jeszcze nigdy żadnego ducha nie przywoływałem, pojawili się u mnie Świadkowie Jehowy. „Dzień dobry, czy Pan rozmawia z Jezusem?” Zamknąłem im drzwi z dużą arogancją „Jeśli będę chciał porozmawiać z Jezusem, sam z nim porozmawiam.”

Samym tym pytaniem zasiali we mnie piękne ziarno, które zaowocowało pół roku później tym, że trochę zacząłem się interesować Jezusem. Znaleźli się wtedy w moim otoczeniu ludzie, którzy potwierdzili mi „Tak, Jezus żył i nauczał. To jest prawdziwa żywa postać, która funkcjonuje w świecie duchowym.” Zacząłem się męczyć pewnymi rzeczami, potrafiłem przyłożyć ręce i komuś zrosła się kość, komuś innemu zrosła się skóra, od razu odchodziły depresje. Zastanawiało dlaczego codziennie robię sobie godzinny zabieg, a mam problemy z depresją, z papierosami, z różnymi innymi rzeczami. Czasem wpadałem w amok nerwów, który trwał pół godziny, godzinę. Myślałem – co jest? Uzdrawiam kolejne osoby, a u mnie ciągle są jakieś problemy. Siedzę, nie mam na nic siły, robię rzeczy, których nie chcę robić.

Mimo to dalej się rozwijałem. Gdy bardziej powątpiewałem w to wszystko, dostawałem nowe możliwości. Im więcej pojawiało się trudnych pytań, tym więcej pojawiało się w moim życiu zabawek duchowych, które miały odwracać moją uwagę. Zaczęły się widzenia. Potrafiłem podejść do człowieka i pokazać, w którym miejscu w ciele ma problem, bo gdzieś tam pojawiała się czarna plama. Potem miałem przygody z wahadełkami. To też bardzo długi, ciężki temat. Kupiłem sobie wahadełko w jednym z warszawskich sklepów z artykułami ezoterycznymi. Gdy brałem je do ręki, zaczynało mnie mrowić ciało. Przestrajałem się na inną częstotliwość. Gdy je odkładałem i przytulałem się do mojej Ilony, czułem jak wracałem do świata. Wiedziałem, że coś tu jest nie tak. Było dużo przeróżnych zabawek. One się kryją wszędzie i czasami ludzie są nieświadomi tego, co mają w domach, nie wiedzą co noszą na szyi.

W pewnym momencie trafiłem na świadectwo Marcina Boczka, który powiedział jedną rzecz – mi nie wierz, księdzu nie wierz, ale Bogu możesz zaufać. On Ci wybaczy każdy grzech. Zawsze możesz przyjść do Niego. Po prostu powiedz mu, że oddajesz mu swoje życie, swoje serce, że chcesz żeby w Nim panował. W moich wyobrażeniach Jezus zawsze był postacią dobrą. Zawsze wiedziałem, że jest duży, silny, że rządzi i nie rozumiałem dlaczego chciałem oddać życie Bogu, ale coś mnie blokowało. Nie mogłem podnieść się z łóżka. Nie wiedzieć czemu nagle w mojej głowie pojawiły się myśli, że Biblia jest przekłamana, bo nie ma w niej nic o reinkarnacji, nie ma o tym, nie ma o tamtym, mimo, że Biblii w ręce nie miałem. Zaczęło mnie zastanawiać dlaczego nie mogę zbliżyć się do Jezusa i dosłownie na siłę wstałem, uklęknąłem w pokoju z rękami podniesionymi do góry i powiedziałem „Panie Jezu, ja Tobie oddaję moje życie. Prowadź mnie, bo źle się czuję. Chcę żebyś Ty w nim rządził.” Zacząłem bać się tego, że ja rządzę swoim światem, że ja stałem się bogiem, bo kontroluję wszystko, co się dzieje w pracy, co się dzieje w moim umyśle, w umysłach znajomych, czy jest szczęście, czy pech. To wszystko zaczęło mnie przerastać.

Oddałem swoje życie Jezusowi, upadłem na ziemię, leżałem tak około pół godziny. Wtedy sam stwierdziłem, że czuję się jak nowonarodzony. Jeszcze nie wiedziałem czym jest nowo narodzenie. Stałem się chrześcijaninem. Jeszcze kontrolnie sprawdziłem przepływ energii i nic nie działało. Energia nie płynęła, wahadełko się nie bujało i wszystko było dla mnie jasne. Miałem wiele sygnałów z zewnątrz, że te praktyki pochodzą z drugiej strony, od sił ciemności, ale myślałem „Jak to od diabła, dobrze robię ludziom, to nie możliwe.”  Wtedy zrozumiałem, że to wszystko było złe. Bardzo szybko się ogarnąłem. Zrobiłem ze wszystkich książek stosik, polałem benzyną i spaliłem, a wahadełko wyrzuciłem. Wszystko, co było związane z ezoteryką i okultyzmem, łącznie z kadzidełkami, zostało wyrzucone z mojego domu.

Myślałem, że teraz będzie łatwiej, dobrze, że wszystko się wyklaruje. Poszedłem do księdza z najbliższej parafii. Umówiłem się na spowiedź, żeby z nim porozmawiać. Zamiast wsparcia usłyszałem teksty „Młodzi ludzie, a takie rzeczy robią.” Przyjąłem to z pokorą, myśląc, że słusznie mnie gani, bo faktycznie nabroiłem. I znowu po godzinnej rozmowie zaczęło mnie zastanawiać stwierdzenie „Tam, w tabernakulum, u nas w kościele, jest żywy Jezus.” Coś mi nie pasowało. Przecież Jezus to Bóg, i oni zamknęli go do pudełka? Coś mi nie pasowało w tym kościele. No, ale ok. Rozmawiałem potem jeszcze z Marcinem Boczkiem, który wytłumaczył mi wiele rzeczy, ale nie powiedział nic na temat kościoła – gdzie się udać, co zrobić. Polecił mi bardzo czytanie Biblii, Nowego Testamentu. Zacząłem czytać. Poszedłem do kościoła, chciałem się wyspowiadać. Ksiądz tym razem przyczepił się do tego, że z moją Iloną nie mamy ślubu. Ja byłem taki szczęśliwy, że jest Jezus, że wygrałem życie, że już będzie dobrze, a on ślub, natychmiast, zaraz, przychodzisz z tą dziewczyną i robimy ślub. Powiedziałem, że chciałbym zrobić wszystko po kolei, oświadczyć się, zrobić wszystko jak należy. Spuentował to tym, że jeśli będę mieć teraz wypadek, to pójdę do piekła. Ja i on. Trudno, rozgrzeszenia nie dostałem. Stałem smutny w kościele. Nagle wyszedł inny ksiądz i powiedział, że ten kto nie śpiewa na mszy, grzeszy. To jest grzech, nieaktywne uczestniczenie w mszy świętej. Mówię „No nie, znowu grzeszę, bo nie uczestniczę. Mam dość, ja już nie chcę słuchać”, o kulach wyszedłem stamtąd przez środek kościoła. Mimo, że mnie gryzło sumienie, bo zawsze było zakorzenione, że jak Bóg to kościół katolicki, komunia, spowiedź, msza, sakramenty, już do kościoła katolickiego nie wróciłem.

Za Biblię się za bardzo nie zabrałem, bo miałem wydanie Biblii Tysiąclecia. Wszystko pisane maczkiem, wszystko z komentarzem. Jeszcze na pierwszy raz wziąłem się za Objawienie i skończyło się na tym, że odłożyłem Biblię i tak została na półce. Nie wiedziałem, co tu dalej robić. Jestem chrześcijaninem, Jezus panuje w moim życiu i co teraz… coś trzeba robić, coś trzeba działać, coś trzeba praktykować. Zaczęło mi być smutno z tego powodu, bo wyrwałem się z ezoteryki, a teraz w chrześcijaństwie stanąłem w pustce, nie wiedziałem co robić, fajnie jest, że się nawróciłem, poczułem ogromną ulgę, chęć do życia, miałem w sobie dużo nadziei, wszystko super, no, ale co robić.

Siedziałem w pracy rozmyślając i nagle przyjechał do nas Andrzej, właściciel firmy transportowej, z ciastkami i z fakturą. Zagadałem do niego, wiedząc, że jest chrześcijaninem (przyp. red. – Andrzej jest pastorem kościoła, do którego obecnie uczęszcza Kamil) i tak zaczęły się grupy biblijne, modlitwy o uwolnienie. Teraz jest dobrze. To, co najbardziej podoba mi się w chrześcijaństwie to, to, że będąc chrześcijaninem mam bezpośredni dostęp do Boga. Mam taki sam przywilej, zaszczyt obcowania z Bogiem, jak miał arcykapłan w Starym Testamencie. Czasami sobie wyobrażam jak bardzo ten człowiek musiał się starać, żeby być najwyższym kapłanem i móc raz w roku porozmawiać z Bogiem. Ile to lat wyrzeczeń. A ja dzięki Chrystusowi mam to na co dzień. Mogę pójść do Boga, powiedzieć „Witam Cię mój Ojcze”, porozmawiać na przeróżne tematy, poradzić się. Nauczyłem się, że na ludzi trzeba uważać, bo są jacy są, lubią popadać w różne kłopoty i to hurtowo. Zawsze jak coś się dzieje, warto się zwrócić do Boga „Panie Boże, czy ja jestem w dobrym miejscu, czy ci ludzie mi pomogą, czy Tobie się to podoba.” Na początku mojej drogi odbyłem też wycieczkę po różnych kościołach. Chodziłem do zborów zielonoświątkowych, do Świdra, na kościół uliczny i wznosiłem prośby do Boga, żeby znalazł mi jakieś miejsce i Bóg mnie pokierował. Przyjąłem chrzest, jestem chrześcijaninem, jest mi z tym dobrze, jest do przodu.

Na koniec mam do chrześcijan prośbę. Jeśli nie znacie się na jakiejś tematyce, proszę nie udzielajcie się i nie pouczajcie. Na mojej drodze stawali chrześcijanie i to, co mówili sprawiało, że ja coraz bardziej odsuwałem się w stronę ezoteryki. Np. gdy zainteresowałem się wahadełkiem, znalazłem wypowiedź chrześcijanina, że wahadełkiem buja diabeł. Wziąłem książkę do obsługi wahadełka i okazało się, że to działa zupełnie inaczej. Diabeł jest, ale gdzieś indziej. Przez to, że ktoś bez doświadczenia pisał o wahadełku, robił to w niewłaściwy sposób, ja w praktyce widziałem coś innego i zacząłem się jeszcze bardziej odsuwać.

Oddaliły mnie też nauki katolickie. Oglądałem wykład księdza egzorcysty, który mówił, że energetyzowanie wody jest złe. A ja na to „A ty człowieku z wodą święconą to co robisz?” W temacie reinkarnacji też słyszałem wypowiedzi, które mnie oddalały od wiary, np. „I co, urodzisz się jako indyk? Weź przestań.” Reinkarnacja według filozofii buddyjskiej wygląda zupełnie inaczej i pozwala logicznie wyjaśnić wiele rzeczy. Istnieją też praktyki ezoteryczne, dzięki którym można się cofnąć do poprzedniego wcielenia, co właściwie było bardzo nielogiczne, bo ludzie rzeczywiście wchodzili w trans i widzieli, jak są rycerzem, paziem, królewiczem, wszyscy w zamku, a nikt nie potrafił powiedzieć konkretnej daty albo innych szczegółów. Jeśli się nie znamy i mamy małą wiedzę w jakiejś dziedzinie, lepiej się nie wypowiadać.

W końcu zacząłem uczęszczać do zboru baptystów. Gdy otrzymałem od nich deklarację członkowską i pojawiła się opcja chrztu, stwierdziłem, że raczej u nich nie zostanę. U baptystów czułem się dobrze, ale jakoś nie czułem potrzeby żeby angażować się tam na 100%. Gdy usłyszałem, że ma powstać nowy zbór w Nowym Dworze Mazowieckim, pomyślałem, że będzie dobrze. Dziękuję mojemu Panu Bogu, że wyciągnął mnie z poprzedniego życia, że wszystko się klaruje. Czasem te małe praktyki ezoteryczne, horoskopy, wróżby, bombardują nas z każdej strony. To wszystko jest podróbką chrześcijaństwa. Duch Święty to jest siła absolutna. Przed Duchem Świętym, Jezusem i Bogiem Ojcem ugina się wszelkie kolano. Radzę uważać, unikać takich praktyk i pytać Boga „Panie Boże, co Ty na ten temat myślisz”. Gwarantuję, że Bóg będzie odpowiadać, wiele spraw będzie wyjaśnionych. Biblia nam obiecuje, że Bóg nas obdarzy mądrością i dostaniemy mądrość w różnych sprawach, dlatego warto pytać, prosić o odpowiedź.